08 stycznia 2007 dokładnie o 21:20:23 Mil napisał, że...
Nie wiem czy to już pisałam (bardzo możliwe, że nie, biorąc pod uwagę ilość opublikowanych notek), ale uwielbiam moją panią profesor od wosu. Szczerze i zawzięcie i ją uwielbiam. Posiadam dla niej nieskrywany podziw. Naprawdę, wielu nauczycieli w życiu spotykałam (z kilkoma nawet „się” spotykałam), ale żaden jeszcze nie miał wszystkiego tak serdecznie w dupie. I – co istotne – wszystkich. Naprawdę nie lubię pisać o szkole, bo szkoła jest gópia. Ale ciężki szlag mnie trafia, jak pomyślę, że marnuję tygodniowo 90 minut mojego jakże cennego czasu, żeby słuchać i patrzyć jak Luczija uważa , że prowadzi lekcje. Co więcej, ta sama Luczija uważa, że przygotowuje niektórych do matury, że prowadzi fakultety. Ona w ogóle chyba uważa, że jest nauczycielką. Piszę „uważa”, bo czasownik „myśli” byłby sporym nadużyciem.
Luczija zawsze ma za mało ocen żeby nas sklasyfikować, Luczija zawsze robi sprawdziany pół minuty przed konferencją i przeważnie je gubi. Ostatnio – wyjątkowo, nie zgubiła. I w dniu klasowych wigilii i jasełek poprosiła mnie abym zawitała do niej celem poznania oceny ze sprawdzianu (filozofia Oświecenia – sam seks), który musiałam napisać aby móc dostąpić zaszczytu bycia sklasyfikowaną. Kiedy stanęłam przy biurku Luczija wyjęła teczkę z napisem „III A”. Następnie wydobyła z niej kartkówki IIc, Ib, IIi, IIa i wielu innych klas. W tym – na końcu rzecz jasna – mojej. I rozpoczęła żmudną procedurę wpisywania ocen w dziennik. Brała po kolei kartki, czytała nazwisko, szukała (długo) na liście numeru, wpisywała.
Luczija bierze kartkę:
L: Sławomir Działdowski…który to numer….
(przesuwa palcem do samego dołu listy, choć jasnym jest, że gdyby tylko Sławomir Działdowski był uczniem mojej klasy z pewnością jego nazwisko znajdowałoby się tam, gdzie inne rozpoczynające się na „d”)
Ja: To nie jest nasza klasa.
(patrzy na mnie zamglonym wzrokiem)
L: Hmmm…ale który to numer….
Ja: TO NIE JEST NASZA KLASA.
L: Ach…Aha…No dobrze
(odkłada kartkę na te samą stertę, z której ją wzięła)
L: Aaa…Bo ty jeszcze pisałaś wypracowanie, tak?
Ja: Tak, z filozofii.
L: No…Dobrze, zaraz znajdziemy…..Tylko to wpiszę…
(Bierze kartkę leżącą na wierzchu wspomnianej sterty – zgadnijcie czyją)
L: Sławomir Działdowski…Który to numer?
I ona może tak w nieskończoność. Rozmowa konia z dyszlem. Dodam tylko, że być może opuszczanie lekcji wosu, nieuczęszczanie na fakultety i wiara, że przygotuję się do matury we własnym zakresie są ryzykowne, ale ma to jakieś szanse powodzenia. Natomiast próby edukacji przy pomocy wyżej opisanej pani profesor mają sens porównywalny do leczenia sraczki papierem toaletowym.
Pamiętam, że z początkiem tego roku szkolnego miałam niejaką nadzieję, że Luczija w swej nieograniczonej łaskawości okaże nieco więcej werwy, nieco więcej życia i weźmie się jeśli nie za faktyczne uczenie, to choćby za aktywne udawanie, że jedziemy z tą maturą, że damy radę, że cokolwiek zrobimy. Niestety. Jej łaskawość okazała się być mocno ograniczona.
Ja nie wiem na jakiej podstawie ta kobieta jest zatrudniona w tej szkole. Nie wiem i za cholerę tego nie zrozumiem. Ale nic to. Co dla zmysłów niepojęte, to dopełni wiara w nas. Jak mawia – z pewnością- szkolny ksiądz, który się nie myje.
20 stycznia 2007 dokładnie o 22:14:25 Mil napisał, że...
Po studniówce pomyślałam sobie, że pewnie napiszę coś o studniówce. Ale mi się nie chciało, nie miałam czasu, potem prądu, potem komputera, znowu prądu, ochoty. Poszło jak lód po klamce i teraz, w środku pięknego okresu w moim życiu ( a trzeba zaznaczyć, że nie każdy okres w moim życiu jest piękny), jakim są ferie, nie bardzo wiem, co mogłabym o tej studniówce napisać. Byłoby z pewnością bardzo marketingowo i buńczucznie równocześnie, gdybym napisała, że impreza była chujowa jak barszcz, niewarta nawet moich niebieskich majtek, nie wspominając już o kiecce, butach i pięciu litrach pianki na włosach. Jednak ku ogólnemu zaskoczeniu nie było tak źle. Oczywiście rażącym nadużyciem byłoby określenie studniówki tej jako ekstra, wyjebanej z kosmos, biby roku nadchodzącego i kolejnych siedmiu. A skądże. Ale bez szaleństw, źle nie było.
Co prawda ani pasztet z żurawiną, ani zeschły sernik nie utrafiły w moje wysublimowane gusta smakowe. Co prawda trochę wkurwiłam się, że nasza wychowawczyni nie przyszła, bo jakkolwiek nie zaliczam się do jej licznego fanklubu, to w PEWNYCH momentach żywię do niej PEWNĄ dozę sympatii, a studniówka byłaby z pewnością jednym z tych momentów. Poza tym jej nieobecność nasuwała pytanie na kiego chuja układaliśmy dla niej ten wspaniały, pozbawiony linii melodycznej program artystyczny. I jakie, kurwa, ma znaczenie, że zaczęliśmy robić to dzień przed?! Skoro i tak bylibyśmy daleko, daleko przed wszystkimi innymi klasami, które wypadły, subtelnie rzecz ujmując, beznadziejnie. I znalazło by się jeszcze kilka „aczkolwiek”, ale powtarzam – źle nie było.
Poskakałam sobie do techno, jak nie przymierzając pojebana. Pośmiałam się z wszystkich wokoło, bo wszyscy wydawali mi się cholernie śmieszni. Co dziwne o tyle, że nie piłam w zasadzie nic.
Kiedy poszłam przywlec jakiegoś profesora, żeby poplątał się z nami w „kółku klasowym” w ramach akcji Przygarnij-Trzecią-A, profesor wybrany przeze mnie ze smutkiem w oczach spytał, czy aby na pewno jestem pewna swego wyboru. Musi być, cholera, że za mną przepada. Zresztą. Jestem, jakby nie było, częścią klasy, za którą przepadają wszyscy.
Po wszystkim nie poszłam skakać naokoło pomnika Mickiewicza. Bo było mi niedobrze, zresztą nie lubię gościa. Za każdym razem, kiedy próbuję przebrnąć przez „Dziady” mam wrażenie, że walił opium konsekwentnie po każdej stronie rękopisu. A ja nie lubię ćpunów.
Przesłanie płynące z tej notki, która to powstała dlatego, że nie miałam co robić pomiędzy jedną warstwą lakieru do paznokci, a drugą, jest takie, że prawie wszystkie koleżanki były śliczne (choć jedna miała fryzurę, która w ciemności mogła sugerować wodogłowie), a wszyscy koledzy eleganccy. Koledzy niech tak trzymają, a koleżanki niechaj pamiętają, że prawie robi różnicę.
UWAGA!
Ważne!
EDIT: Zaprawdę powiadam wam, że byłabym najbardziej tępą, niewdzięczną suką, gdybym zapomniała o niezapomnianych drynkach serwowanych mi niejednokrotnie przez koleżanką Anię Be. Drynki Ani, trzeba dodać, nie mają sobie równych, nawet jeśli składają się z miodówki ( a miodówka składa się z dwóch łyżek miodu i dwóch litrów spirytusu) i soku. W tym miejscu pragnę oddać Ani hołd, pozdrowić ją z całego mego zimnego serca i zapewnić o dozgonnej symaptii!
25 stycznia 2007 dokładnie o 22:21:48 Mil napisał, że...
Czasem wydaje mi się, że przywykłam. A czasem znów zaczynam się zastanawiać dlaczego zawsze spotykają mnie sytuacje absurdalne do tego stopnia, że nawet jako epizody w Ally McBeal mogłyby uchodzić za przedobrzone. Przecież jestem tylko niezakompleksionym nikim, nie mam wykształcenia, nie piję piwa, nie chodzę do Kredensu ani na solarium, nigdzie nie wyjechałam na ferie a pierwszą oceną, jaką dostałam w ostatnim semestrze w ukochanym liceum jest laska. Do tego z majcy. Czy to może zaskoczyć? Nie, nie może. To ostatnie zwłaszcza z uwagi na fakt, że mam problemy ze skracaniem ułamków zwykłych i tabliczką mnożenia. Jakimże więc to sposobem średnio raz na miesiąc uskutecznia się w moim życiu jeden ze skeczy Monty Pytona, który krąży potem po przyjacielskich bibach, a wszyscy napierdalają się z tego do łez. I ze mnie, przy okazji.
To był wstęp do historii, którą zamierzam opowiedzieć. Służył temu, aby nikogo nie zdziwiło to, że mnie również to nie zdziwiło. Rutyna, moi jakże mi obojętni, rutyna.
Rzecz zaczyna się od tego, że moja znajoma niedawno urodziła dziecko. Dziecko jest dziewczynką i ma na imię Nelia, co jednak nie jest zbyt istotne, bo wszyscy mówią na nią chomik. To jednak też nie jest zbyt istotne. Istotne jest to, że wraz ze wspomnianą znajomą wybrałyśmy się dziś na zakupy a wcześniej do szpitala, gdyż ta sama znajoma potrzebowała receptę, czy też coś innego, od swego ginekologa-położnika, który w zasadzie urodził za nią dziecko, ma fajny fryz i w ogóle jest równym gościem. Los chciał, że jest ów też moim ginekologiem, choć położnikiem jeszcze nie. Leczy mnie od pewnego czasu z uwagi na moje różnorodne zaburzenia o których lektury postanowiłam wszystkim czytającym litościwie oszczędzić. Niemniej jednak kiedy wszystko zostało załatwione, recepta wypisana, pieczątka chlaśnięta i można było wychodzić i gnać wprost do Galerii Krakowskiej (brzmi dumnie, wiem, wiem) Piotruś (bo tak cichaczem nazywam pana doktora) z typową dla siebie, zwaną przez niektórych gejowską, manierą zapytał, czy może mnie prosić „na słóweczko”. Wielkodusznie wyraziwszy zgodę i wszedłszy do gabinetu Piotrusia przekonałam się, że w swej troskliwości chciał spytać jak się sprawy mają, jak się czuję i w ogóle. Moja odpowiedź, z której jasno wynikało, że czuję się dobrze a wszystko to, podobnie jak wygrane w lotto, malejące bezrobocie w USA i wynalezienie szczepionki przeciw rakowi szyjki macicy, jest z pewnością zasługą Piotrusia, wpłynęła nań wielce pozytywnie, gdyż swoją wypowiedź o tym, jak bardzo się cieszy zakończył donośnym „Bardzo się cieszę!”. I tutaj ta historia powinna się zakończyć. Albo przynajmniej przybrać inny tor. Mogłam zwymiotować, wyjść i żyć długo i szczęśliwie, mogłam powiedzieć Piotrusiowi że ma fajne jeansy ale trochę kiepską twarz, albo kochać się z nim na fotelu ginekologicznym. Cokolwiek. Cokolwiek. Albowiem wszystko byłoby lepsze od tego, co faktycznie się stało. Mówię to ja – mistrz w budowaniu napięcia.
Wówczas bowiem do gabinetu weszła położna. Słysząc radosny jazgot Piotrusia i widząc mój, nieco nieśmiały uśmiech, spytała czy może właśnie dowiedziałam się, że zostanę mamą. Piotruś powiedział ze śmiechem, że nie, a ja z przerażeniem spytałam „Słucham??!?”. Zakłopotana położna zrobiła zakłopotaną minę. Wówczas Piotruś, dając tym samym wyraz lekkiego upośledzenia zmysłu tzw. wyczucia sytuacji (zawsze mówiłam, że każdy, kto skończy z wyróżnieniem studia medyczne musi być choć odrobinę zorany) wyjaśnił usłużnie położnej: „Nie, nie…cieszymy się z miesiączki.”. Powinnam była w tym momencie dostać mini-wylewu i zaliczyć glebę. Ale nie, to byłoby zbyt łaskawe ze strony losu. Nic mi się nie stało, nie zemdlałam, nawet nie wyszłam. Stałam robiąc najgłupszą minę, na jaką mnie stać. Tymczasem względnie przyjazne oblicze położnej przybrało chmurną postać, a jej radosny ćwierkot ewoluował w ton zgoła oskarżycielski i pełen potępienia. „Pani to jeszcze młoda….” rzekła do nas w te słowa „Ale Pan PANIE DOKTORZE to mógłby jakoś uważać, a nie modlić się potem o miesiączkę!!!”.
Jak nie będziecie wiedzieć kim być w przyszłości, jedno wam radzę: nie bądźcie Milem. Ja jestem i zaprawdę powiadam wam – przesrane.