o mnie: słów parę, blog
elyta: mała czerwona /matilda/katjah/nawiedzona/z klasy/chomiki/Kraków od kuchni
dwazerozerosześć: 12, dwazerozerosiedem: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9



26 sierpnia 2007 dokładnie o 14:21:41 Mil napisał, że...

Dzień wstał uroczy jak krowie oczy. Za oknami zamiast niegdysiejszego trawnika rozciągała się podkrakowska imitacja Pustyni Błędowskiej. I znowu było jakieś 60 na plusie w cieniu.

Lato chyli się ku końcowi przy czym ja wolałabym, aby schyliło się trochę szybciej. Starzeję się i upały trwające dłużej niż tydzień zaczynają mnie potwornie męczyć. Kiedy już uda mi się osiągnąć na mojej skórze, której kolor przywodzi na myśl pracowitą córkę młynarza, barwę biszkopta, pochodzić we wszystkich letnich kieckach z wyprzedaży, kiedy już japonki obetrą mi stopy, a ciemnobrązowa farba zaczyna być ryżawa to znak, że lato powinno się skończyć.
Mówię to bez żalu, gdyż ostatni wrzesień, który spędziłam na słodkiej beztrosce, gdy moją małą, pokryta jasnym podówczas jeszcze włosiem, czaszkę zaprzątało problemów tak niewiele, że mogłabym stanąć w konkury z Ojcem Dyrektorem, miał miejsce dawno że hoho, bo w ubiegłym stuleciu. Byłam na swój sposób nietykalna, a na problemy największej rangi zakrawały sprawy pokroju ukończenia 100 stronicowej książki o Królowej Bałaganiarze (zorałam sobie mózg i potem ta dziwka stała się moim niechlubnym autorytetem na lata i dopiero gdy pomieszkałam z osobą posiadająca bliźniacze przyzwyczajenia doszłam do wniosku, że mieszkanie w chlewie wcale nie jest takie dżezi i wyjebane w kosmos, a już na pewno nie jest wygodne jak kiedyś sądziłam), albo wybór smaku budyniu, który życzyłam sobie na deser. Potem nadeszły lata pożogi, gdzie ostatni tydzień sierpnia była dla mnie istnym pasmem wkurwienia. Podczas kiedy moja mama przeżywając półorgazmy, kupowała mi zeszyty, książki, naklejała naklejki i strugała ołówki, mnie regularnie i każdego dnia trafiał szlag. Nienawidziłam powrotów do szkoły. Teraz ze wściekłą satysfakcją kontempluję koniec wakacji, a narzekania przyszłorocznych maturzystów i wszystkich innych uczniów, są prawdziwą muzyka dla moich uszów.
Mam więc przed sobą jeszcze jeden miesiąc, który może być równie przyjemny, jak przesrany.
Potem bowiem, może być już tylko gorzej. Po krótkotrwałej euforii spowodowanej dostaniem się na studia nadszedł czas na trzeźwe myślenie. I tyleż trzeźwe, co mało optymistyczne wnioski. Dla przykładu takie, że bywam idiotką. Nie zdarza mi się to zbyt często, aczkolwiek jeśli już się trafi, to skala zjawiska mnie przeraża. Niewiele brakło, abym zesłabła ze szczęścia, że dostałam się na studia, na dzienne, na psychologię. Studia, dzienne i psychologia oznaczały dla mnie wówczas właśnie tyle, ich znaczenie nie wykraczało ponad brzmienie, gdyż mojego przepełnionego radością umysłu nie mąciła żadna logiczna myśl. Dopiero kiedy wróciła mi zdolność analizy faktów, co trwało coś ponad tydzień, dotarło do mnie, jaki gotuję sobie los. Codzienne zajęcia, z których przeważająca część będzie z pewnością kurewsko nudna, poranne wstawanie, sesja, egzaminy poprawkowe, kolokwia, kolejki do sekretariatu, wszechmogący wykładowcy, dziwki bez szkoły w dziekanacie. Osiemdziesiąt całkiem obcych osób z czego liczbę facetów oszacuję na 1 – 9, z czego może dwóch będzie rozgarniętych, z czego może jeden przystojny. Z czego żaden nie będzie powyżej 25 roku życia, co przekreśla moje szanse na znalezienie tam kandydata na chłopaka/męża/kochanka. Daje to, w prostym rozrachunku około 70 obcych dziewcząt w wieku 19 – 20, co samo w sobie jest już tragedią. Szanse znalezienia osoby, z którą będę mogła się dogadać, nawet jeśli będzie ona istnieć gdzieś pośród tego stada, są mocno śladowe. Po wyliczeniu tych wszystkich wspaniałości dochodzę na szczyt rozkoszy, którym jest, nie wiedzieć na co komu potrzebny i wyglądający w całym grafiku zajęć na iście z dupy wyjęty, wuef. To mnie zaiste czeka. To właśnie składa się na studia, studiowanie i bycie studentką. I tego, kurwa, tak bardzo przez ostatnie pół roku chciałam?! I mimo najszczerszych chęci nie potrafię skwitować tego inaczej jak tylko: Ja pierdolę.

Zaliczyło 9 niektórych

11 sierpnia 2007 dokładnie o 22:04:00 Mil napisał, że...

Och i ach. Jakże dawno nic nie napisałam, aż strach bierze. Muszę zacząć pisać regularnie i to koniecznie. Doświadczam bowiem graniczącego z pewnością przekonania, że nie pisząc cofam się w rozwoju. Nie piszę już nawet wypracowań dla Her Wolfa, które choć raczej mnie nie rozwijały, to jednak zmuszały do napisania czegoś tam bo przecież szła matura. Szła, przyszła i poszła, a ja wbrew wcześniejszym przewidywaniom nie skończę jednak jako studentka ani dziennikarstwa, ani tez polonistyki, wobec czego pozostaje mój sHalOnY BlOgUś, gdzie mogę dawać upust moim rozlicznym dewiacjom.

Nadal nie pojechałam na wakacje nigdzie, wyjąwszy może Rondo Kocmyrzowskie, gdzie jednak wyjechałam celem poćwiczenia „Zawracania Na Rondzie”. Sam seks i zabawa po pachy. Zwłaszcza kiedy w jednym momencie gaśnie mi silnik, rozwiązuje się zawiązana na plecach sukienka, a pan z malucha obok pyta czy nie moglibyśmy się z moim instruktorem macać gdzie indziej, niekoniecznie tutaj i niekoniecznie na zielonym. Ha. Gdybym miała trzecią rękę to może i byśmy mogli, wówczas bowiem mogłabym zawiązać sukienkę sama, nie łamiąc pierwszego przykazania Muodego Kierofcy, które brzmi „pamiętaj, abyś kierownicy nie puszczał”. Ale nie mogłam i cóż, trzeba było się macnąć. W ostatecznym rozrachunku i tak lepsze to, niźli by mi spadła sukienka i w ogóle, striptiz dla ubogich.
Wracając do tematu nie-wyjeżdżania wychodzi na to, że jestem zakochana w Krakowie, prawie jak Rubik, tylko trochę ciszej i mniej blond. Zresztą żadnych, szczególnie pociągających perspektyw, które mogłyby mnie skłonić do wyjazdu nie posiadam. Ewolucje w życiu prywatnym, te z kategorii „Napisz do Bravo” sprawiły, że Francja bardziej niż z przyprawiającym mnie o orgazm stukrotny Saint Tropez i o równie wielokrotny polami Prowansji, kojarzy mi się z wbijaniem patyka w rany jeszcze powiedzmy nie zabliźnione, ale w fazie intensywnego ziarninowania (kto się pilnie uczył PeŁo, ten wie o co chodzi). I tu wychodzi moja wyprana jak skarpetki Chajzera w Wizirze z romantyzmu natura, bo niby że można, bo to takie ckliwe, upragnione i jak czary z mleka. Niby można. Ale po chuj?
Każdy zaś inny wyjazd wiąże się z porzuceniem tymczasowym i zaniedbaniem drobnym jazd moich umiłowanych, a tym samym tajemniczej w pełni, skrytej całunem sekretu
i absolutnie zajebiście nie-do-odgadnięcia osoby z tymże związanej. W tym także, ukrócając domysły
i próby imputowania mi absurdów tego świata, nie ma cienia romantyzmu. Ja się bowiem nie zakochuję. Ja po prostu niektórych trochę lepiej toleruję. O.
Zresztą. Gdybym była na tyle głupia, żeby dysponując wykształceniem średnim, doświadczeniem zerowym, a zapałem ujemnym, rzucać pracę która przynosi mi 10 zet per hour, ostatecznie straciłabym niewyobrażalnie wielkie pokłady autoszacunku, a do tego dopuścić nie mogę.

Zaliczyło 2 niektórych

18 lipca 2007 dokładnie o 23:30:01 Mil napisał, że...

Siedemnasty lipca Anno Domini 2007 był najprzejebańszym dniem od czasów tak dawnych, że najstarsi osadnicy nie pamiętają. Tego to właśnie dnia upłynął termin, w którym Yagiellonsky Juniwersity zobowiązał się był ogłosić wyniki rekrutacji na studia dzienne, stacjonarne, czyli te będące obiektem erotycznych pragnień większości tegorocznych maturzystów. W tym i mnie. Spotkałam się z jakimiś odpałami na mocy których ludzie mi znajomi znali swoje wyniki już dnia szesnastego, znali je siedemnastego rano i w godzinach przedpołudniowych. Podczas gdy ja moich (kurwa) nie znałam nadal. I wbrew oczekiwaniom sprawdzanie strony sławetnej EKR Ujotu, co w całej Polsce słynie, nie przyspieszyło bynajmniej procesu pojawiania się informacji Pt. „a co ze mną?!?!?” o 14:30 chcąc nie chcąc (bardziej nie chcąc) musiałam zebrać dupę sprzed monitora i zawieźć ją na jazdy, bowiem Pan Od Jazdy (w skrócie POJ) żadną miarą nie mógł być zlekceważony na rzecz wyników. Jeździło się wyśmienicie. W powietrzu jedyne plus 34, w samochodzie jedyne plus 73. POJ zauważa, że mam szampon o ładnym zapachu, że dobrze że wzięłam prysznic, bo wystarczy że z nas dwojga to on śmierdzi (nie ma jak jeździć za ludzi nie umiejących jeździć od 5:30 w nocy). Kraków, jak to bywa o każdej porze dnia i nocy, zakorkowany niczym najprzedniejszy szampan. POJ rzecze „myśl o znakach” i celem zdjęcia jej z pedału gazu kadzie mi dłoń na nodze. Na tej samej nodze, którą od dobrej minuty trzymałam na podłodze, jak to się często zdarza innym kierowcom, kiedy stoją na światłach. Myślę o wynikach. Myślę, że nie przyjmą mnie na ten chędożony UJ i będę jeszcze przez dni kilka balansować zdana na łaskę bądź niełaską Akademii Pedagogicznej (choć częściej spotykam się z rozwinięciem skrótu jako Apogeum Pojebania), która mogłaby być fajna, ale nie jest. Ścinałam wszystkie zakręty jakie napotykaliśmy, wymuszałam pierwszeństwo, nie przepuszczałam pieszych i najeżdżałam na ciągłą. Krótko mówiąc paliłam, rabowałam i gwałciłam. Na znak protestu. Wróciłam do domu nie robiąc zakupów, lepiąc się od potu. I sprawdziłam wyniki.

Jestem bogiem. A wszystkim, którzy mieli czelność mówić mi, że psychologia stosowana jest przenajzajebiściej oblegana, żebym się nie napalała, bo to bardzo ciężko się dostać, bo to najlepsi, bo srali mazgali po ścianach rzygali, radzę zacząć mnie czcić (mimo, że sama myślałam dokładnie tak samo). Może przebaczę, albo rozpatrzę opcję czyśćca. I choć pewnie szybko mi przejdzie, to jestem wielce kontent. Tak właśnie miało być.

Zaliczyło 6 niektórych



cytat parafrazą z Sapkowskiego, z drobnymi sugestiami Tej oto, która szblon stworzyła tylko i wyłącznie dla mnie